Świadectwo: On czekał na powrót swojej córki marnotrawnej…

Dzień dobry! Mam na imię Żaneta i chciałam podzielić się moim świadectwem. Opisana przeze mnie historia wydarzyła się 6 lat temu. Jest to historia o tym jak Bóg się o mnie upominał, albo raczej jak mi się przypominał gdy na jakiś czas od Niego odeszłam. Nie będę wnikać w szczegóły tamtejszej mojej sytuacji, ale po prostu w pewnym momencie zdecydowałam że daję sobie spokój z Kościołem. Nie wierzę. Boga nie ma. Nie dokonałam apostazji ale przestałam chodzić do kościoła, przestałam wierzyć w sakramenty. Gdy sytuacja tego wymagała deklarowałam, że jestem ateistką. Uznałam że Boga nie potrzebuję.

Wychowałam się w rodzinie wierzącej był to więc cios dla moich rodziców. Nie musiałam się jednak martwić jak to będzie wyglądać w święta czy choćby niedziele ponieważ w tym czasie wyjechałam z rodzinnej miejscowości do stolicy gdzie moja ciocia załatwiła mi staż. Jak się okazało biuro w którym podjęłam pracę znajdowało się rzut kamieniem od jednego z kościołów. Stancja na której zamieszkałam znajdowała się w odległości 10 minut piechotą od pracy a najkrótsza i najwygodniejsza droga wiodła właśnie tuż obok owego kościoła. Rano gdy szłam do pracy odprawiana była tam akurat poranna Msza. Często drzwi były otwarte, nie raz przechodziłam akurat w momencie podniesienie Hostii, dzięki głośnikom słyszałam słowa wypowiadane przez kapłana i odpowiedź zgromadzonych na Mszy ludzi. Myślałam sobie wtedy z irytacją: ale są głupi, przecież to jakieś brednie, zbiorowa hipnoza! Jak dobrze że się od tej sekty uwolniłam! Bez wyrzutów sumienia wykorzystywałam niedzielę, mój wolny dzień, jako dzień porządków i zakupów, o pójściu na Mszę nawet nie pomyślałam. A kiedyś chodziłam regularnie, byłam częścią scholi muzycznej w mojej parafii, należałam do KSM-u. Po kilku miesiącach stażu dostałam umowę tymczasową. Wiązało się to ze zmianą obowiązków, zostałam przeniesiona do innych pomieszczeń. Jakie było moje zdumienie i irytacja gdy odkryłam, że okna biura który miałam dzielić z dwoma innymi osobami wychodziły niemalże wprost na ów kościół! W dodatku moje biurko stało przy przeciwległej ścianie na wprost okna, gdy więc podnosiłam wzrok znad klawiatury, kościół był bardzo widoczny! Nie dość na tym codziennie o 12 dzwony biły na Anioł Pański, no ja po prostu dostawałam obłędu! Dwie panie z którymi dzieliłam pokój nie mogły nie zauważyć, że coś się ze mną dzieje, ale zbyłam parę razy ich troskliwe pytanie czy wszystko u mnie w porządku. Miałam ochotę powiedzieć prawdę, ale powstrzymywał mnie krzyżyk zawieszony na szyi jednej z nich. Nie chciałam okazać się niekulturalna. Dni, tygodnie i miesiące mijały a moje emocje nie ulegały zmianie. Bliskość kościoła niezmiennie mnie irytowała. Gdy odłożyłam trochę pieniędzy postanowiłam zmienić miejsce zamieszkania, znalazłam pokój do wynajęcia w innej części dzielnicy uprzednio sprawdziwszy czy nie ma w pobliżu kościoła! Musiałam wprawdzie dojeżdżać, ale opłacało się, przynajmniej po powrocie z pracy miałam spokój. I już nie przechodziłam tuż pod zapraszająco otwartymi do środka drzwiami świątyni… Pewnie pomyślicie czytając to, że byłam jakaś opętana, ale nie. To wszystko działo się na poziomie moich emocji a spowodowane było obrażeniem się na Boga.

Jakiś czas później moja siostra urodziła dziecko i zostałam zaproszona na chrzest. Nie wykręciłam się ponieważ nie chciałam jej robić przykrości, ale odmówiłam bycia chrzestną. W kościele czułam się jak jakiś wyrzutek, i tak było z tym że sama się z niego wyrzuciłam. Głupio mi było siedzieć gdy wszyscy stają lub stać gdy wszyscy klękają, wstawałam więc i klękałam gdy robili to inni, ale bez emocji. No poza tym że byłam zła że okoliczności zobowiązały mnie do udziału w tym cyrku. Kazanie nie poruszyło mnie w ogóle, choć bardzo elokwentnie ksiądz mówił o włączeniu we wspólnotę Kościoła i podarowaniu dziecku szansy na poznanie Boga. Jako jedyna nie poszłam do Komunii. Poczułam niewielkie ukłucie żalu gdy koleżanka siostry trzymała moją siostrzenicę czując że w jakiś sposób się z nią wiążę silnymi więzami, ale szybko odsunęłam tą myśl. Polanie dziecku głowy wodą nie ma żadnych konsekwencji. Nie ma, to tylko bzdurny rytuał! Wiem, że moja obojętna postawa nie była łatwa do przyjęcia rodzicom, siostrze a nawet dalszej rodzinie, ale nie dbałam o to. Dwa dni później wróciłam do Warszawy i przestałam o tym myśleć. Jeszcze w tym samym roku koleżanka z pracy miała wyjść za mąż. Tym razem postanowiłam wykręcić się od obecności w kościele ale wszystko tak się układało że moje wymówki paliły się jedna za drugą. Żeby było śmiesznie młodzi mieli się pobrać właśnie w tym kościele obok naszej pracy! Czułam złość że Bóg jednak postawił na swoim i mnie do środka tego kościoła wciąga niemal siłą, podstępem. Bez przyjemności szłam na ten ślub, z kwiatami którymi miałam ochotę komuś przyłożyć. I znowu to samo. Wstawałam gdy trzeba, klękałam gdy trzeba, ale w środku pustka. Gdy trwała Eucharystia klęczałam “posłusznie”, nie chciałam patrzeć na młodych, szczęśliwych jakby byli w Niebie, nie chciałam patrzeć na ołtarz. Ukryłam twarz w dłoniach, chciało mi się ze złości płakać. Nawet nie potrafię opisać jaka burza złości we mnie szalała. Miałam ochotę przeklinać, miałam ochotę wstać i wyjść, i jeszcze trzasnąć tymi cholernymi ciężkimi drzwiami! I nagle coś się we mnie stało… Nie usłyszałam żadnego głosu, żadna myśl nie napłynęła do mojej głowy. Gdy kapłan z kielichem wypełnionym Hostiami schodził z ołtarza po schodkach do mnie przyszedł ogromny spokój. Po prostu przestałam czuć tą złość i irytację, zapomniałam że chciałam wyjść. Nie wiedziałam skąd to się wzięło ale byłam spokojna, nie denerwował mnie widok księdza, ani Jezus patrzący na mnie z obrazu, ani ludzie obok klęczący i modlący się. Nie potrafiłam tego przeanalizować, ale czułam tak jakby coś ciężkiego zostało mi zabrane. I czułam się taka jakby otulona tym spokojem. Po weekendzie w pracy ten stan się utrzymywał. Nie denerwował mnie widok kościoła za oknem, nie denerwowały dźwięki dzwonów bijących na Anioł Pański. Nie czułam ani irytacji, ani obojętności, ani zadowolenia. Tydzień później ten stan w dalszym ciągu się utrzymywał. Doszłam nawet do wniosku, że architektura kościoła za oknem jest całkiem całkiem i o wiele lepiej jest spoglądać na ten kościół niż jakiś szary jeden z miliona biurowiec. Któregoś dnia gdy dzwony zaczęły wybijać Anioł Pański przypomniały mi się słowa pewnej maryjnej pieśni, którą moja babcia bardzo lubiła jak jej śpiewałam. Po południu gdy stałam w kolejce do kasy i przeglądałam zawartość półki ze “słodyczami ostatniej szansy” zaczęłam tą pieśń nieświadomie sobie podśpiewywać. W pewnym momencie jakiś pan stojący za mną powiedział: Maryja Piccola Maryja, ma pani ładny głos, myślała pani żeby zasilić jakąś diakonię muzyczną? Odwróciłam się zaskoczona i zobaczyłam… koloratkę. Byłam tak zaskoczona że nie zdobyłam się na żadną uprzejmość, nie podziękowałam za komplement, tylko powiedziałam wprost że diakonie muzyczne są dla osób wierzących a ja jestem ateistką. Ksiądz tylko się uśmiechnął i powiedział: ale śpiewa pani niebiańsko. I poszliśmy każde w swoją stronę.

Tak się jednak złożyło że spotkaliśmy się znowu niedługo po tym, gdy ksiądz przyszedł do naszego biura aby zamówić wydruk plakatów z jakimś parafialnym wydarzeniem. Okazało się, że był to ksiądz z TEGO kościoła. Zamówienie obsługiwała moja koleżanka, ale ksiądz gdy odchodził zaprosił mnie na ten koncert uwielbienia organizowany w parafii. Widziałam zdziwione twarze koleżanek, bo wiedziały że nie jestem wierząca, ale jeszcze bardziej zdziwiłam się ja gdy ksiądz powiedział: nie trzeba wierzyć żeby posłuchać dobrej muzyki. I poszedł.
Muzyki? A uwielbienie to nie modlitwa? I prawie miesiąc biłam się z myślami czy iść czy nie iść. Ostatecznie zdecydowałam że pójdę. Poszłam i właśnie tam Bóg dotknął mojego serca. Przez muzykę którą bardzo kocham. Przez utwory które sama nie raz śpiewałam w kościele. Właśnie tam znowu otulił mnie płaszczem ale tym razem miłości. Poczułam się bardzo kochana. A na taką miłość, gdy ktoś tak nas kocha to nie można pozostać obojętnym. Zaczęłam płakać, jakaś pani stojąca obok objęła mnie, przytuliła mocno a teraz nie pamiętam nawet jak wyglądała. Poczułam że coś ze mnie spływa tak jakbym stała pod wodospadem. Poczułam się lekka, wolna od… czegoś co dźwigałam nawet tego nie wiedząc. On dał mi tą wolność której szukałam porzucając Kościół a to właśnie była pułapka!

Wróciłam do domu z lekkim sercem i zadzwoniłam do domu. Mama rozpłakała się gdy poprosiłam żeby wysłała mi moją Biblię z bierzmowania i komunijny różaniec. Wiedziałam że je ma choć różaniec wyrzuciłam do kosza przed wyjazdem. Mama go wtedy znalazła i wzięła za co ja się strasznie wściekłam że nie szanuje mojej wolnej woli. Gdy przyszła przesyłka otworzyłam Biblię w miejscu w którym była zakładka. W oczy rzuciły się podkreślone przeze mnie kiedyś słowa: dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego. I to jest właśnie moje świadectwo. Nieważne jak daleko i jak stanowczo odejdziesz od Boga i jakie okoliczności czy grzech cię od Niego odciągną – dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych, nie ma żadnej przeszkody by dać odczuć ci jak bardzo kocha i jak bardzo czeka na powrót swojej… marnotrawnej córki.

Żaneta

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s