Pierwszy kryzys

Stało się. Dopadł mnie pierwszy kryzys wiary. Chyba za bardzo chwyciłam się mojego entuzjazmu świeżo nawróconej bo w ogóle nie myślałam że może przyjść w najbliższej przyszłości. Teraz mnie samej wydaje się to bardzo naiwne. Ale chyba po to Bóg ten kryzys dopuścił. Jeśli masz za sobą jakiś duchowy kryzys to może pomyślisz że wyolbrzymiam. Ale dla mnie było to jak upadek z wysokości i zderzenie z betonem. Mój chłopak wyjechał na kilka miesięcy na staż za granicę. Na początku rozważaliśmy wspólny wyjazd ale było sporo minusów. Moje studia, moja praca, choć tylko dorywcza. No i kwestia wspólnego zamieszkania. Naprawdę chcemy serio traktować wartości które wyznajemy dlatego zachowujemy wstrzemięźliwość. Wspólne mieszkanie zdecydowanie takiemu postanowieniu nie służy. Podjęliśmy więc decyzję że on pojedzie sam. Przecież to tylko 3 miesiące!! Damy radę!!

Daliśmy, jeśli chodzi o kontakt. Ale coś się zmieniło już na początku tej rozłąki. Czegoś w mojej codzienności brakowało. Mojej skały, mojej opoki. Mój chłopak zawsze był dla mnie oparciem zwłaszcza w przypadku starć z moją rodziną na tle mojej wiary. Zawsze mogłam do niego iść, wychodziliśmy gdzieś razem albo po prostu rozmawialiśmy. A teraz musiałam czekać. Na telefon. Na umówioną godzinę. Poczucie pustki mnie dobijało. Najpierw z wielkim zapałem zaczęłam się modlić w tych gorszych chwilach ale im więcej się modliłam tym więcej wątpliwości mnie nachodziło. Nie co do naszego związku, ale co do mojej wiary. Chodziłam do kościoła na Mszę ale byłam roztargniona i nieobecna. Pod koniec czerwca nastąpiła przerwa w spotkaniach mojej wspólnoty i ludzie się porozjeżdżali. Nie miałam za bardzo z kim porozmawiać. Czułam się opuszczona i przytłoczona relacją z moimi rodzicami. W dodatku czułam że źle się modlę. Że wymagam od Boga pocieszenia i natychmiastowego rozwiązania tej sytuacji. Mając tego świadomość czułam się źle sama ze sobą. Ale im bardziej próbowałam modlić się bezinteresownie tym większe czułam podenerwowanie. Otwierałam Pismo Święte a tam trafiałam na fragmenty które nie przynosiły mi pocieszenia ale takie które malowały obraz Boga surowego i wymagającego.
Chciałam jechać do Krakowa na Światowe Dni Młodzieży ale na trzy tygodnie przed ich rozpoczęciem koleżanka z pracy złamała rękę. Wypadło nieplanowane zastępstwo w pełnym wymiarze godzin. Zostałam ale miałam żal do Boga. Kiedy znowu będzie taka okazja bez potrzeby opuszczania kraju?? Wszystko się waliło!!
Dwa tygodnie przed powrotem mojego chłopaka siedziałam w pracy duchowo zmaltretowana i myślałam o tym że modlitwa nie przynosiła mi pocieszenia. Eucharystia nie przynosiła mi ukojenia. Kontakt z ludźmi mnie drażnił. Wkurzało mnie czekanie na dzień kończący staż który zabrał mi bliska osobę i w dodatku czułam wyrzuty sumienia z powodu tej złości. A przecież to świetna szansa dla przyszłości zawodowej kogoś kogo kocham. Powinnam się cieszyć!! I umieć dzielnie znieść ten czas rozłąki i duchowej posuchy. Przecież wiara miała być tą siła która miała mnie przenieść przez życiowe zawieruchy!!
I nagle wszystko się zmieniło. Wracając tego dnia z pracy postanowiłam pojechać na wieczorną Mszę. W internecie znalazłam informację o Mszy wraz z Adoracją w jednej z parafii. Nie znałam tego kościoła ale pojechałam. Po Mszy spora część ludzi wyszła a na Adoracji zostali chyba najwytrwalsi. Obok mnie siedziało parę osób. Podczas Adoracji był taki moment że ksiądz poprosił abyśmy zamknęli oczy i wsłuchali się w głos Boga w naszych sercach. A ja zaczęłam ‚słyszeć’ myśli typu: ‚jesteś tu zbędna’ albo ‚On cię nie kocha’ albo ‚przecież Go nie słyszysz’ lub ‚idź stąd, po co tu siedzisz?!’ i wiele podobnych. I zamiast od razu je odrzucić zaczęłam się nad nimi zastanawiać. Czy rzeczywiście tak jest? Może to wszystko jakaś zbiorowa wtopa, może moja rodzina ma rację że dałam się omamić?
Zaczęłam w myślach krzyczeć do Boga że jeśli naprawdę tu jest i mnie słyszy i kocha to niech do mnie przemówi! Nie usłyszałam nic!! Ale kiedy wychodziłam z kościoła po Adoracji podeszła do mnie pewna dziewczyna. Rozpoznałam ją bo siedziała w mojej ławce ale całkiem z brzegu. Podczas przekazywania sobie znaku pokoju skinęła mi z uśmiechem głową. Gdy do mnie podeszła powiedziała mi że nie chciała podczas Adoracji robić zamieszania ale że w trakcie poczuła żeby mi powiedzieć że Bóg mnie kocha i że zawsze jest obecny. Być może jeśli macie doczynienia z jakimiś ruchami charyzmatycznymi to wyda się to Wam zupełnie normalne. Ja takie historie znałam tylko ze słyszenia i prawdę mówiąc wierzyłam w nie z wątpliwościami. Ale w tym momencie poczułam że te jej słowa to właśnie to dotknięcie na które tak czekałam! No bo skąd ona mogła wiedzieć że potrzebowałam takiego zapewnienia? Wracając do domu poczułam że moja dusza wolna jest od tych wszystkich rozterek i wątpliwości z którymi tu przyjechałam. Nie czułam euforii i nie miałam ochoty skakać w górę, po prostu czułam pokój w sercu. Myślę że Bóg potraktował mnie trochę tak jak niewiernego Tomasza. Prosiłam Go o znak i mi go dał. Bo jest dobry i rozumie i nie potępia. Bo z wyciągniętymi rękoma czeka cierpliwie aż zrobię kolejny krok wiary jak dziecko które uczy się chodzić!! Bo miłosnym dotknięciem a nie ‚zdrowym potrząśnięciem’ otwiera oczy i serca niewiernym Tomaszom takim jak ja!! Chwała Panu!!

Elżbieta M. Kalina

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s